same shit, diffrent days
Witam ponownie… postanowiłem powrócić z krótką notką, ot tak dla przypomnienia, że blog jeszcze istnieje. W zasadzie to nie wiem dlaczego, ale coś nie pozwala mi go porzucić i zapomnieć o nim w pizdu. Wiecie co? Właściwie to cały czas o nim myślę, snuję plany dotyczące jego odrodzenia, przyszłości. Mam w głowie mnóstwo pomysłów, tematów o których chciałbym pisać, przemyśleń którymi chciałbym się podzielić. Ba! chciałem nawet napisać traktat filozoficzny! Są jednak rzeczy, które cały czas mnie powstrzymują, nie pozwalają mi na przelanie myśli na ekran monitora. Może to brak wprawy, w końcu nie pisuję regularnie, a może po prostu, to o czym byłem kiedyś przekonany było prawdą. Wydawało mi się, że umiem pisać, że potrafię zainteresować czytelnika swoimi grafomańskimi wypocinami i skłonić czytelnika do refleksji. Z biegiem czasu przekonałem się jednak, że wcale nie jestem jakoś specjalnie uzdolniony czy twórczy. Straciłem całą pewność siebie, która pchała mnie do popełniania kolejnych notek. Brakuje mi również motywacji, którą kiedyś otrzymywałem od znajomych. Nieprawda jest stwierdzenie, że bloga pisze się dla siebie, a nie dla innych. Jeśli chciałbym pisać tylko dla siebie, to pisałbym pamiętnik, który chowałbym w tajnej skrytce za szafą (ups…), a rzeczy, które by się w nim znajdowały niewiele miałyby wspólnego z piękną sztuką pisania. Prawda jest taka, że rozpierdala mnie od środka wielki leń, który bardzo wygodnie rozgościł się w moim mózgu, zrobił sobie z niego kanapę i rozsiada się w niej swoim wielkim dupskiem. Ktoś powie – nie poddawaj się, staraj się, a na pewno Twój trud zostanie wynagrodzony, a ja mu odpowiem – pierdolę nie robię. Tyle. Bezkres wolnego czasu jaki mi teraz przysługuje z racji faktu, że nie udało mi się zaliczyć studiów i od paru miesięcy moim jedynym obowiązkiem jest zapieprzanie jak bezmózgie zombie w telekomunikacji narodowej s.a. doprowadza mnie do szaleństwa! W dodatku zdegradowałem swoją personę do poziomu nolife’a, który kupił sobie zajebisty komputer i dobrowolnie stał się jego niewolnikiem. To nie jest jakieś głupie nazywanie siebie geek’iem, ponieważ teraz to jest modne, nie, to jest pieprzona choroba, o której objawach fizycznych cały czas przypomina mi kręgosłup. Ja faktycznie nie widzę nic poza internetem i czarną skrzynką, która leży u moich stóp niczym najstarszy przyjaciel człowieka. Internet jest nieskończonym źródłem informacji i zjawisk społecznych, tak interesujących, że poświęcam cały swój wolny czas na jego penetrację i odkrywanie nowych rzeczy, o których się nawet filozofom nie śniło. Cała reszta wydaję mi się nudna i nieciekawa, nie bawią mnie wyjścia do knajp, rozmowy z innymi ludźmi stała się jałowa, nawet moja kobieta – zawsze pełna życia i energii przestała być dla mnie inspiracją. Wygodniej jest mi siedzieć przy biurku i wpatrywać się tępo w nieskończoną otchłań multimedialnej rozrywki.
Jakby tego było mało, mój stan depresyjny pogłębiany jest przez tą pierdoloną zimę za oknem, która codziennie od przeszło tygodnia zamienia moją drogę do pracy w pieprzoną wyprawę arktyczną. Ile może padać śnieg?! Ok, fajnie, że jest biało, w końcu to biała pora roku, ale żeby od razu takie cholerne mrozy? Ci kolesie od globalnego ocieplenia muszą mieć niezły ubaw oglądając prognozę pogody dla europy siedząc sobie w jakimś ciepłym kraju…
Cóż, mam nadzieję, że jak już wiosna przyjdzie to coś się zmieni i przełamie impas kierujący moim życiem. Z drugiej strony po co czekać do wiosny, skoro działać można już teraz. Dzisiaj zaliczyłem pierwszy dzień aerobicznej szóstki Weidera, zobaczymy co mi z tego wyjdzie… Może napiszę o tym w następnej notce.
Pozdrawiam!
